Jestem studentką 5. roku matematyki. Dla jednych piekło, dla drugich raj. Jestem raczej osobą samotną i spokojną, ale też bardzo leniwą, dlatego każdy budzik strasznie mnie dołuje, tym bardziej, że poza studiami pracuję i udzielam korepetycji matematyki, co wiąże się z tym, że jestem niewyspana.
Tak jak każdego dnia, bardzo zaspana wyszłam z domu i marzyłam, żeby od razu się w nim znowu znaleźć. Kiedy dotarłam na uczelnię, wybrałam się od razu pod salę w której miałam bronić tytułu magistra. Tak bardzo nie mogłam się tego doczekać. Jestem osobą niecierpliwą, ale solidną, dlatego wiedziałam, że sobie z nim poradzę, ostatnie tygodnie spędziłam na przygotowaniu się do ego dnia jak najlepiej.
Kiedy wchodziłam już z sali, z uśmiechem na twarzy i dumna z siebie, że tak dobrze mi poszło, zostałam potrącona przez jakiegoś idiotę, tak dobrze czytacie, idiotę, inaczej nie można nazwać faceta, który potrącił dziewczynę i odszedł z miejsca jak gdyby nigdy nic. Kojarzyłam go jako tako z uczelni, ale nic szczególnego o nim nie wiedziałam.
Juz ogarnięta po upadku ruszyłam w głąb korytarza, aby dostać się do wyjścia.
Na świeżym powietrzu oprzytomniałam i zrozumiałam że od teraz jestem magistrem, mogę robic cos więcej, niż pracować w niewielkiej kawiarni. Jednak mieć wykształcenie nie oznacza, że z dnia na dzień otrzyma się lepszą pracę.
Na matematykę poszłam, dlatego że był to mój ulubiony przedmiot, a bardzo chciałam pracować jako nauczycielką, co teraz nie wydaje mi się już takim świetnym pomysłem.W dzisiejszych czasach młodzież jest coraz gorsza, coraz bardziej chamska,co bardzo mnie zniechęca.
CDN ;)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz